Strój narodowy (od stóp...)

 



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Strój narodowy (od stóp...) tak, wciąż mnie to dręczy (por. hasło - Strój polski) , szczególnie kiedy czytam: A tak nie po swej wolej, nie po wygolonym łbie, nie po krzywych półbotkach, nie po herbie ani po przezwisku na –ski ma być poznawan prawdziwy szlachcic polski, których rzeczy leda chłop dostać może. Ale po cnocie, która i przodkom naszym szlachectwo dawała. Tylko tyle? Napisano te słowa coś pod koniec wieku XVI, a ze stroju mówi się tylko o krzywych półbutkach? I o czuprynie podgolonej? (koniecznie zaraz o tym trzeba hasło napisać: podgolony łeb, patrz za moment!) Ale też ze dwieście lat potem Kitowicz donosi: Kontusz, żupan, pas, spodnie czyli portki i boty, czapka to było całym ubiorem politycznym Polaka/…/ Szlachcic przepasywał kontusz pasem. Kontusze zimowe bywały podszywane lekkim jakim futrem, gronostajami, popielicami, królicami, pupkami, susłami, kunami i sobolami./…/ Szlachcic gdy wychodził z domu, przypasywał szablę do boku, brał w rękę obuch, który oprócz tego nazwiska mianował się nadziakiem i czekanem. Ważny wkład w polską modę, przynajmniej wedle swego mniemania wniósł Jan Chryzostom Pasek, który (no, szczerze, to nie tylko on, ale wszyscy Czarnieczczycy) narobili w modzie polskiej sporo dziadostwa. A było to tak: w Danii będąc, żołnierze wpierw pozbyli się polskich butów. Zaczęli nosić obuwie duńskie i szwedzkie sztywle z niemieckimi cholewami prawie do pasa. Co pociągnęło za sobą spore konsekwencje: musiałoby to być straszydło, gdyby suknia długa na onych grubych cholewach odbijała się na przedzie i na zadzie. W efekcie musieli się Panowie Bracia, w Danii krótko nosić (pewnie w ruch poszły owe Pana Rejowe nożyczki!). Zaczęli więc nosić kontusz po kolana! i, pardon, buty z podwiązkami. Nic więc dziwnego, że kiedy wrócili do ojczyzny, a monarchini (która prowadziła swoją interesującą politykę matrymonialną, ale o tym inny razem) nie mogła się w Warszawie nadziwić/…/ to ich tak sobie dokoła obracali a oglądali ciesząc się. Hm. Cieszyli się, wiem dlaczego, że wreszcie Polacy podobni są do ludzi, zapewne i łatwiej frącymerowi uganiać się za spodniami, które wreszcie widać spod kontusza; zatem zapewne pocztą pantoflową, bo jeszcze nie było Gali, Vivy, Twojego stylu, Elle, Malemana i co tam jeszcze sobie możecie wyliczyć na palcach obu rąk i obu nóg, ten strój obrócił się w modę, że zaraz suknie, choć najpiękniejsze, kazano robić krótko i buty, choć polskie, to z długimi cholewami, z podwiązkami, które były srebrne, złote, rubinami, dyjamentami sadzone, na jakie kogo było stać. Coraz lepiej! Więc w dole te półbutki! W kolorach żółtym, czerwonym i czarnym, tak twierdzi Kitowicz Cholewa u bota krótka, z tyłu łydkę całą, z przodu pół kolana dłuższym od tylnej części końcem –wichlarzem zwanym – zajmująca, z dwóch sztuk po bokach bota zszywanych składana, z przyczyn nogawic szerokich przestronna. Napiętek u bota łubem drewnianym, w środek skór zasadzonym, obwarowanym, aby się nie koślawić i nie marszczył, pod napiętkiem podkówka żelazna, na trzy palce wysoka, u panów pobielana abo cale srebrne, u chudych pachołków tylko pilnikiem cokolwiek pogładzona. Widział to świat? Nosić srebrne podkówki po polskim błocie się taplając?  (por. hasła - polskie błoto, ale z jakiegoś powodu też hasło - karczma) Kitowicz precyzuje: przy każdych jatkach szewskich po wielkich miastach znajdował się kowal, który wszelkiego rodzaju boty podbijał podkówkami wedle mody używanymi, biorąc za proste po groszy 6, za pogładzone pilnikiem po groszy 12; pobielane i srebrne wychodziły od innych majstrów.

Wiecie już co macie na nogi przywdziewać, żeby poznać was było, żeście sroce spod ogona nie wypadli i że należycie do wąskiego grona! Znać pana po cholewach – nie wiem dlaczego ironizuje znawca mód Kitowicz ksiądz. Oj znać, i to jak!

Krzysztof Koehler